Księga Gości



Ralf
Rafał 'Rafrajer'
Iza
Agi
Olo
Kaśka
Mateusz
Jarek 'Jarlm'
Adam 'Ignasjo'
Olka 'Dziaba'
Maciek
Michał
Marcin - rower
Grzesiek




Imię: Mariusz
Przezwisko: Sos, Sosek
Miasto: Warszawa
Zainteresowania: hardcore'owe
Kontakt? Gadu-Gadu!!!
1461908












       [Allegro.pl - aukcje online - kup lub sprzedaj w atrakcyjnej cenie!]
             Blog najlepiej oglądać z najmniejszym rozmiarem textu

The day after tomorrow

A dokładnie prawie 5 miechów od ostatniej notki minęło ; ) Czas coś zmienić, np. dodać nową notkę =] Cóżby tu napisać,, hmmm.... a tak, już wiem:

Listopad, jakoś na początku. Ustawka z Cześkiem w BC w skateparku przed nauką matmy na klasówę. 5 schodków w rogu po prawej i Mariusz przed nimi. Rozpęd, skok, upadek. Wejście na górę i ponownie. Rozpęd, skok, upadek. Czułem, że to jest zły dzień na jazdę. Again. Wejście na górę i rozpęd, skok, upadek... UPADEK!!! AAAAA!!! Podczas ollie prawa noga wpadła mi jakoś pod decka i wylądowałem na kostce deckiem przy okazji przygniatając własnym ciężarem, gdyż lewa wciąż znajdowała się na desce... Co za break. Zwijam się z bólu, lecz czas wstać. 5min później nie daję rady stanąć na prawej nodze. Miałem farta, że starzy byli obok w sklepie, więc po chwili przyszli do mnie. ‘No to looknijmy na ta kostkę’ -> O_O ! Co to? To kostka czy balon o kolorze fioletowym? Nie, to kostka.... Back home i do szpitala. Pierwszy - ‘nie przyjmujemy takich urazów’, drugi - ‘dzisiaj nie zajmujemy się takimi urazami’, trzeci - ‘lekarz jest zajęty do 2 w nocy’, czwarty – ‘jedźcie do tego pierwszego, drugiego lub trzeciego =_= ‘ ‘, piąty -> nareszcie! ‘Skręcenie, zalecam gips na 2 tygodnie’, nie miałem wyboru. Gipsik i do domu. 4 noce bez snu, swędzenie i swędzenie. Zakładałem, że to przez alergię. Wróciłem do szpitala by mi zdjęli gips. Inny lekarz looka na prześwietlenia i stwierdza, że oprócz tego, że jest skręcona to jeszcze złamana =_= ‘.... Nie ma to jak doświadczeni lekarze i ich różne zdania. W ogóle się nie znają. Kiedy mi zdjęli gips (chociaż wcale nie było takiej potrzeby – na moją własną prośbę [opłacało się cholernie, dobrze zrobiłem]) pojechałem po różne usztywniacze i kule. Tydzień popierdalania o kulach. Pewnego dnia dzwoni do mojej starej znajoma i mówi, że kuzyn czy ktoś tam jest lekarzem na Legii i może załatwić z nim spotkanie (w końcu ma codziennie takie przypadki). Kiedy już dotarłem do niego jakiegoś tam dnia stwierdził parę rzeczy. ‘Co 3-4 dni zrobimy zastrzyki sprowadzone z Niemiec i proszę w poniedziałek za tydzień chodzić na rehabilitację przez 10 dni z rzędu’. Loozik, zastrzyki ze znieczuleniem, potem rehabilitacja porządna, 3 tygodnie o kulach aż wreszcie lekarz powiedział ‘Zaprawdę powiadam Ci, odrzuć kulę’. I tak Mariusz odrzucił kulę i zaczął chodzić, kulawo, ale chodziłem ; ] Tak minęło sporo czasu aż wreszcie zacząłem uprawiać sporty od stycznia. Jestem wdzięczny Legioniście i Rehabilitantowi =)

Teraz tak z innej beczki -> Sylwek urządzony w pełnym zaciszu, wśród kwiatków i zieleni... Co ja gadam! Biba u Sosa od wieczora do rana! =D Oczywiście naturalnie film sporządzony przez doskonałego operatora kamery oraz niekiedy dobrze udającego komentatora – Kacu! Thx ponowne za pięknie złożony film. A co się działo? Ponad 60 osób, parkiet prawie zawsze pełny, muza na fulla, pokoje odosobnione ; ) no i działanie gospodarza (czyt. mnie). Takiej imprezy jak ta nie zapomina się nawet będąc nietrzeźwym z zamkniętymi oczami =P Co ja będę Wam opowiadać, chcecie zobaczyć jak się bawiło na najlepszej imprezie u Sosa? Wystarczy poprosić o film z małą dopłatą a ujrzysz raj na ziemi =) O północy ofkorz wybitka na dwór, tłumy ludzi, fajerwerki, doskonała atmosfera. Po północy balety ciąg dalszy. Zniszczenia? Niestety spore, ale w końcu z pomocą mamy, która nauczyła się słowa ‘zgon’, hehe, podołaliśmy temu brudowi. Szczerze mówiąc pierwszy raz nie wiedziałem od czego zacząć sprzątanie domu. Zagubiony Mariusz mimo nie aż tak udanego sylwka dla samego siebie jest zadowolony ze szczęścia innych. Cieszę się, że się Wam podobało =D Ale poczekajcie na 18-nastkę, postaram się o doskonałość ; ] Kiedy się ogląda ten film z sylwka... Aż tęsknotę to wzbudza... Tak bardzo chciałbym, żeby to wróciło i się powtórzyło.

No i na koniec notki – Ferie. Stały wyjazd do Austrii, lecz tym razem nie Embach tylko Stumm!!! Kiedy tylko zdołam wrócę tam, przede wszystkim dla mej miłości -> snowboardu... Skoki w najlepszym snowparku w Europie sponsorowanym przez Burtona powodowały takie skoki ciśnienia i adrenaliny, że do tej pory mnie trzyma =) Do 16 stoki, do 20 linczowanie =P a na koniec Snack-World, zwany bardziej jako SnackBar. Codziennie Margarita i piwko. Gdybym tylko skakał dzień w dzień w tym burtonowskim parku... Niestety nie dało rady. Ofkorz offroady też grały ważną rolę. Kuba i Kacu się popisali w Mayrhofen. Danke chłopaki za wspólne 2 tygodnie. Było zajebiście! Za rok wypełzniemy z chat już bez moich starych i z większą grupą znajomych. Wtedy będzie jazdaaa! Na maxa!!!

No więc to wszystko. Żadnych zdjęć czy filmów nie umieszczam. Filmy z Austrii i Sylwka u mnie =) Do zobaczyska do następnej notki, której nie wiem kiedy się możecie spodziewać ;P

Napisał Mariusz dnia 2006-02-01 o godzinie 17:45:30
skomentuj (5)
Tak się bawi, tak się bawi dom Sosa! ;)

Sobota, dzień, którego ostro ‘poszliśmy w Polskę’ (tylko wtajemniczeni wiedzą o co chodzi), była mistrzowska. Totalny bansik, zero hamulców, jazda na całego, wolumen na opór. Godz. 20 – cisza przed burzą. Wpada kilka osób, potem kolejni i tak nawet do 1 w nocy ludzie wpadali ;) Ile osób rano naliczyłem? 33 osoby + 4 drechów i 3 dziewczyny, ale to chwilowo byli. Zacznijmy od początku. Rzeczą, która mnie najbardziej zdziwiła było to, że ludzie pamiętali o moich urodzinach =) Dostało się to i owo, niestety 1/3 z tego poszła ; ) Teraz szuflada obok mnie brzęczy, ale nikt jej nie otwiera i na razie nie mam z kim tego otworzyć, ale ten ktoś się na pewno znajdzie, hehe. Gdy minęło już trochę czasu oczywistym było to, że ktoś musiał zgona zaliczyć. No i tutaj się zdziwiłem, bo do 3 było 8 zgonów, ale taki jest urok imprezy, prawda? Butelki poszły w ruch, podłoga trzęsła się w posadach, ściany bansowały w rytm muzyki, płyny zamiast w kubkach znajdowały się na podłodze, żarcie zresztą też. Tak w ogóle, po co ja Wam to piszę, skoro wiecie jak porządna impra wygląda =] Z tego co wiem ludzie się dobrze bawili, ja również mimo tego, że nie miałem ani sekundki na zabawę, taniec na parkiecie zawsze przepłacałem czymś zbitym lub nie wiem czy się jeszcze dało. Od 22 do 3 to był hardcore na który żeby mieć siłę trzeba mieć doświadczenie bycia gospodarzem ;) Na szczęście podczas całej zabawy znalazłem kilka chwil spokoju: jedną z nich spędziłem na dachu 3-piętrowego budynku. Widok? Wspaniały… Gdybym mógł położyłbym się tam z kimś… Tylko kto będzie tym kimś? To się jeszcze okaże ; )
Podsumując: nie było chwili, której bym żałował. Było tak super, nawet ja mimo biegania byłem zadowolony. Ludzie, dziękuję Wam za przybycie. Widocznie tak zostały kości rzucone ; ]
Niespodzianki? Oj wiele. Niektóre z nich… Chciałbym powtarzać dzień w dzień niektóre z nich… Ale się rozmarzyłem, hehe.
P.S. Nie mogę oczywiście zapomnieć o Kacu. Kacu! Thx wielkie ziomuś za nagranie impry! Operator kamery to Twój przyszły zawód, takich Twoich textów się nasłuchałem na filmie, że do łez można się roześmiać =)
No i oczywiście Zuzka i Bakus zasługują na wyróżnienie, bo bez nich mój dom skończył by gorzej niż te wyburzone, a Tomkowi, Mateuszowi i Bąkowi wielkie thx za pomoc w sprzątaniu. Dla innych również pozdro, zapraszam next time! =D

Napisał Mariusz dnia 2005-09-26 o godzinie 21:41:03
skomentuj (9)
Wesele, ale nie film, tylko rzeczywistość =)

Daaawnooo nie pisałem, ale nie chce mi się szczerze mówiąc i moje notki coś mi się zdaje krótkie zaczną być (ale wszyscy i tak się cieszycie z tego ; ] ). W sobotę wieczorkiem na 19 pojechałem do kościoła na ślub, wiadomo, siedzisz i się śmiejesz z siostrą i jej chłopakiem… Myślałem, że cały kościół nas ogląda. Niestety nikogo nie spostrzegłem w swoim wieku, więc trzymałem z 22-25 latkami a nawet trochę starszymi, ale poczucie mieli dziecka =P Na szczęście znalazłem kogoś kto przybył sam -> Piotrek urodzony… 13 września!!! Nie dość, że ‘zrobiony’ w ten sam dzień w roku co ja to jeszcze mieliśmy tyle tematów, że gadane od 20.30 do 4 nad ranem =D Jak wiecie trwał mecz no i prowadzący się pyta ‘ile jest?’, a Mariusz na cały głos się wydziera ‘WYGRALIŚMY!!!’ Ale ze mnie Lol… Nie ma co ukrywać, robiliśmy to co się na weselach robi ;) Dobrze, że w karaoke nie brałem udziału… Okazało się, że nawet dorośli potrafią być takimi ziomami, że takich tylko się trzymać, hehe. Nie będę się dalej rozpisywać, szczegółów brak =] A nie! Sorka, akcja z gościem… Był tak nawalony gdy gadaliśmy z nim ja i Piotrek, że tylko się z niego śmiać. Twierdził, że od Pudzianowskiego jest (a twierdził jeszcze, że Dymek jest Dudkiem)… Ale jego wieczór zakończył się w klopie i zwiał z baletów. O 2 siostra uciekała, ale się nie dałem i zostałem do 4.30 ze starymi. No i tak wróciłem pełen zadowolenia z życia (zresztą jak zawsze u mnie bywa =D ).
A tak w ogóle, pozdro dla ludzi, którzy rozpoczęli szkółki, przede wszystkim dla tych co właśnie poszli do LO, no a szczególnie i na pierwszym miejscu dla Magdy, dzięki której moje wakacje a dokładnie lipiec był wspaniały (nawet jeżeli średnia snu przez 2 tyg. wynosiła 3h i trzeba było przez te 2 tygodnie malować płot od 6 rano, hehe =P ).

Napisał Mariusz dnia 2005-09-05 o godzinie 22:16:36
skomentuj (4)
Kroniki czterech mazurskich zjebów =)

Na wstępie składam gospodarzowi chatki, czyli Staśkowi, najszczersze życzenia z okazji urodzin. Stanisławie – wszystkiego najlepszego! Tylko uważaj na przygody z siekierą i niech Twój ch** nie zna litości (Human Traffic RLZ! =D ). Pewnie się zastanawiacie o co chodzi z siekierą, ale to już Wam niedługo wytłumaczę. Powolutku…
Wszystko zaczęło się w czwartek, kiedy to raniutko, jeszcze przed 8, wyjechaliśmy na mazury. Na początek dokonaliśmy analizy naszego jadłospisu. Stwierdziliśmy, że na śniadanie będziemy jeść tosty polane wódką, na obiad postanowiliśmy jeść jako pierwsze danie zupę wódczaną (czy jakąś taką), na drugie zaś naleśniki w polewie czterdziestoprocentowej ; ). Kolacja była sporną kwestią, ale na pewno składnikiem miała być wódka =P Kiedy już dojechaliśmy na miejsce, przejechaliśmy przez zaspy piaskowe, rozpakowaliśmy się, zjedliśmy, itp. itd. Wieczorem siedząc przy kartach, a mianowicie Kanaście, i browarku spostrzegliśmy dwóch typów na motorze. Zatrzymali się przy płocie i paląc papierosa spoglądali na nas i na nasze rowery. Zdenerwowali podjęliśmy konsekwentne kroki -> ‘Weźmy siekierę!’ =) I tak dzień, a właściwie noc zakończyłem z siekierą pod łóżkiem =P Aaaaa! Na przyszłośc: nie dawać Piotrkowi discmana bo tylko słyszysz na cały autokar -> cooooo???!!!...
Dnia następnego wyruszyliśmy w podróż do Izy by zaczerpnąć przede wszystkim odpowiedzi na dręczące nas pytania, które zadawaliśmy sobie patrząc na palącą się przeciw komarom… spiralę =] Oprócz tego interesowała nas ilość, wielkość i długość, ale to pozostawmy tylko wtajemniczonym. Po 50km (w tym 10km niepotrzebnej drogi) dotarliśmy i zaczął padać deszcz. Posiedzieliśmy trochę na dworzu pod daszkiem czytając ‘kobietkę’ (wiecie jakie tam ciekawe tematy poruszają?! Np… kurde, zapomniałem, ale oczywiście obracało się wokół sexu =P ), potem w pokoju Izy (spoglądaliśmy jak Iza niszczy sobie wakacje czytając o żeglarstwie, biotechnologii i co najgorsze… Ogniem i Moczem!... biedna, ale wyliże się jeszcze…). Kiedy przestało lać ruszyliśmy na mostek, gdzie pytania, które podkreślam, że męczyły nas cały czas, zostały w końcu zadane (przeze mnie, ale nie ma się czym chwalić ; ] ). Dobra, za dużo pisania, pogadaliśmy, wróciliśmy, wsiedliśmy na rowery i do chaty. Wieczorkiem zakupiliśmy Martini, i oczywiście Michał jak zwykle był w centrum uwagi. Wyobraźcie sobie co on zrobił… Graliśmy w karty, była cisza, wszyscy skupieni a Michał nagle zaczyna się bujać na boki na krześle. Po chwili wymawia słowo ‘Łazarski’, pada na bok i dokańcza ‘trzyma poziom’ HAHAHA! To było mistrzowskie! Nie zapomnę ile przez to mieliśmy śmiechu =D Dzień zakończył się jak zwykle późno i jak zwykle z siekierą pod łóżkiem =P Aha! Zapomniałem… Jak jechaliśmy do Izy to Stasiek krzyknął nagle do Michała ‘wyskakuj z roweru’ a Michał co? Wyskoczył! Haha! I to przy prędkości 25km/h puścił rower i zaczął za nim biec =D
Sobota natomiast była mistrzowska. Po przejechanych ponad 90km w piątek nasze nogi odmawiały posłuszeństwa. Mimo to ze Staśkiem pojechaliśmy do sklepu 9km i wróciliśmy też 9 (wow! Jakim cudem tyle samo było? =P ). Po śniadaniu zaczęliśmy pompować ponton ale Michał i Piotrek nie wzięli tego zbyt poważnie na początku (walczyli: jeden wiosłem, drugi siekierą… bawili się w Gwiezdne Wojny, co za młoty… =P ). Kiedy już dotarliśmy do końca ‘dmuchania’ (;]) i doszliśmy do jeziorka, wypłynęliśmy na sam środeczek. Wpadliśmy na znakomitą piosenkę! I jeżeli jesteście na tyle inteligentni (a w tym jest problem i u Was i u nas) to tą piosenką była ‘my heart will go on and on’ prosto z Titanica! Mieliśmy jeszcze wziąć siekierę (znowu ona???!!!...) i przeciąć ponton w połowie by wyglądało realistyczniej, ale każdego z nas przeraził ten pomysł, by tonąć na środku wielgachnego jeziora (chociaż Michał wyskoczył ze strachu za burtę i potem kiedy po 15min pływania chciał wskoczyć z powrotem… przeskoczył cały ponton i wpadł znowu do wody… he). Wieczorek jak to sobotnie wieczorki spędziliśmy przy mocniejszym trunku (czyt. Sobieski). Kupiliśmy 1l na 3,5 (Piotrek trzymał dystans do wódeczki), no i tak po jakimś czasie przypadkiem ubyło (miało być pół litra tylko, ale druga butelka skoczyła nam do gardła…). Tego wieczoru nie da się zapomnieć, nawet jeżeli nic się już nie pamięta ; ] Usłyszeliśmy parę ciekawych słów od Michała na temat samego siebie, Piotrek walnął dobry temat Mr.Zb, a ja parę dobrych rymów w stylu ‘Michał i Stasiek pierdolą się w pokoju, a jest wiele w tym pokoju gnoju’ itp… tragedia =P ‘Dobre’ to kwestia umowna, ale niektóre były całkiem przyzwoite, taaaa… No dobra, bo ten wieczór i tak jest ciężki do przypomnienia, do tego poszedłem jak każdego wieczora wcześnie spać (cholerne malowanie płotu kazało mi spać codziennie przez 8 dni po 3h i musiałem odespać). Hmmm, albo mi się zdaje, albo gdzieś tutaj była petarda… Możliwe, no nie ważne. Wyobraźcie sobie, że siedzicie na klopie, jest dość długie ‘posiedzenie’ i nagle przez okno wpada pod prysznic petarda i wybucha. Chyba myślałem, że słuch stracę, bo na prawe ucho niewiele słyszałem ;) W nocy jak spałem dosłyszałem się, że Stasiek z Piotrkiem starali się zabić szerszeń i najskuteczniejszym przyrządem nawet tortur okazał się mój dezodorant (a jeżeli na dziewczyny też tak działa? Może dlatego uciekają? =P ). Jeszcze może trochę wcześniej Stasiek prowadził bójkę ze mną o discmana, ale ustąpiłem i padł na podłogę prawie zwalając głośniki (a on tego nie pamięta ;P ).
Niedziela była dość zwykłym dniem, albo ja już pisząc tą notkę niewiele pamiętam. W skrócie: wstaliśmy późno, pojechaliśmy do restauracji 19km i zjedliśmy. Pracująca tam kelnerka była blisko kontaktu płciowego ze Staśkiem i wymiany telefonów z Michałem, na szczęście W.D.C.S.D.K. (wszystko dobre co się dobrze kończy). Wróciliśmy do chatki i tam dzień przepiliśmy niewielką ilością piwa w towarzystwie kart… A chwila! Jak mógłbym zapomnieć ;) Wracając z obiadu podjechaliśmy do miejscowego sklepu bo żarcie i picie. I o to co Stasiek zamawiał: ‘hmmm, poproszę michałki’ ‘ile?’ ja na to: ’niech pani nakłada’ (po chwili, kiedy michałki już zapakowane Stasiek… ‘a są może michałki katechetki?’ =D Musiałem go uciszyć, bo kilka razy o to pytał. Wieczorem przy kartach graliśmy też w kowboja, ale to bolesna gra…
A w poniedziałek pojechaliśmy po żarło, tzn. Michał i Piotrek, i dzień jakoś zleciał. Graliśmy jeszcze w międzyczasie w nogę, i oczywiście na karniaki wygrałem ; ] Na wieczór postanowiliśmy wypić za ur. Stanisława które miały być we wtorek, ale co? Wódka rozwodniona!!! Skończyło się na kilku browach… Ale się żyje… Jakoś przeboleliśmy. Niestety we wtorek już nie dało rady o zwrot kasy, ale nie przejęliśmy się tym jakoś. Ale co we wtorek? Kolejna niespodzianka =] Wstajemy rano, lookamy do lodówki a tam nic do jedzenia! Cały dzień na jednej kromce chleba i paczce Chipsów przeżyliśmy… Jedyne co znaleźliśmy to ścieżki Michała z kostki kury Knora… Debil, do tego zrobił z tej kostki skręta i chciał palić =D Na szczęście jakoś do tego nie doszło. Pomijając już wszystko, bo się rozpisałem i sam już nie mam ochoty cokolwiek więcej pisać kończę i podsumowuję… Było B-E-A-utifule! =)
Żeby zobaczyć parę zdjęć wejdź sobie na bloga Michała

Napisał Mariusz dnia 2005-07-14 o godzinie 21:02:00
skomentuj (8)
Smutno mi...

Pierwszy raz od naprawdę długiego czasu (jeżeli w ogóle kiedyś tak u mnie było) czuję się opuszczony. Siedzę wieczorami i myślę, jak inni spędzają je ze swoimi przyjaciółmi, jak się bawią i cieszą. A ja… siedzę sam, przepełniony smutkiem i nudą… Do tego dobijam się siedząc przed kompem lub telewizorem do prawie, że rana np. patrzę na kontakty w gg lub też na komórkę. Zero życia… Zero osób na gg, zero sms-ów… Nitk ze mną nie rozmawia, nikt nie sprawia, że się uśmiecham… Tylko ja, pogrążony w tym wszystkim rozmyślam ‘co by było gdyby’. Pisząc to mam wrażenie, że świat nie istnieje. Wszędzie jest cicho a ja nie mam z kim porozmawiać. Wiem, że to moja wina, taki jestem, że ludzie nie traktują mnie jak kogoś bliższego, taki mam charakter. Po prostu taki przypadkowy wariat, który odwali czasem coś głupiego i ktoś się pośmieje. Ale ja tak nie chcę. Chcę, żeby ktoś okazał mi czułości, żebym mógł się do kogoś wygadać, zobaczyć z nią kiedy jest mi potrzebna. Mam taką naturę, że ciężko mi się nawiązuje z kimkolwiek kontakty. Jedyne co potrafię to odsunąć się na bok, włączyć sobie muzę i wsłuchać się przy okazji zapominając o otaczającym mnie świecie. Ale co mi po tym? Monotonność ta sprawia, że wcale mnie już to nie bawi, i coraz częściej się zastanawiam czemu nie robię teraz czegoś innego, czegoś pożyteczniejszego, czegoś z innymi... Chciałbym się bawić, cieszyć życiem z wieloma ludźmi, a tak co mam? Nic… Wielkie NIC! Jestem sam i nikt mi nie pomoże z tej samotności wyjść dopóki ja się jej nie oduczę...

Napisał Mariusz dnia 2005-05-01 o godzinie 19:20:52
skomentuj (47)
Imprezowa stodoła z Monstairsem w mieszkaniu ;)

Zapewne żadne z Was nie rozumie tytułu (cztery w jednym) ale co tam. Ważne, że ja wiem o co chodzi ;P Ale zacznijmy od początku:
Tydzień temu w piękną (chociaż deszczową[mówię o dniu]) noc rozhulała się u mnie impreza =) Co z tego, że przyszło tak mało osób -> zabawa udana!!! I pomyśleć, że metr ode mnie leży sobie w szafeczce 0,7 wódeczki (tak, tak, Ada chciała rano sobie jeszcze popić, ale że nie dała rady to mi oddała ;P ). Godzina 20 starzy wypad i brygada Acapulco (jak to się mówi) ruszyła w celu zdobycia ‘towaru’. Niestety z powodu technicznych moja siostra musiała zmienić tor ruchu i przeszliśmy w fazę startu w nowe nieodkryte miejsce. Buteleczki na ladę i fruuu z powrotem!!! Łojeju! Co się tam działo?! Variale Kicki na desce z udziałem paru osób (Czesławie, ucz się od mistrza!) no i te spacery po stacjach benzynowych... To były czasy… =) Najlepsza akcja? Butelka owinięta w ręcznik robiący za sukieneczkę, pod nią mandarynki zajmujące miejsce ‘balonów’ oraz łyżeczka z tyłu na poziomie 4 liter nie wiadomo w jakim celu ; ] W takim o to stanie moja mama znalazła ¾ pustej wódki w lodówce. Dobre… Ale nawet nie usłyszałem ani słowa od niej.
Impreza trwała
A trójka się zjarała! =D

No dobra, nie ważne, bez szczegółów. Wczoraj ruszyłem w dzikie zakątki stodoły, gdzie właśnie ta obora króluje wśród innych... Wpadam sam, nie mam z kim się spotkać a tu na wstępie w drodze do sklepu 10 znajomych! =) Zapomnieli mi kupić alko ale przeżyłem ;) W środku nieskazitelna ilość znajomych (2razy mniej, ale i tak ciężko się doliczyć). Bounce i te sprawy ; ] Nawet odpocząć niektórzy nie dali… Tyle siły w to włożyłem, że nadwyrężyłem ścięgno w kolanie czy gdzieś tam. Na szczęście przeszło.

A jeżeli się tyczy dzisiejszego dnia to odbyły się zawody snowboardowe! Najpiękniejszy trickas? Frontflip na równej powierzchni oraz z ciężarówy… =) Również backflip na hopie. Niestety Piotr (czy jak mu tam) nie popisał się, ale i tak jest debeściak ;P Pierwsze miejsce: Estończyk, drugie: Brytyjczyk itd. Niektórzy to niezłe upadki zaliczali, ale na takim ‘sniegu’ niewiele można się spodziewać. Trochę przed ogłoszeniem wyników wybyłem ze Staśkiem do mieszkania Karoliny na piwko i tak minęło sporo czasu. 50min temu wróciłem i mogę stwierdzić: moje życie jest spoko! =D

Za wszelkie błędy przepraszamy ;D

Napisał Mariusz dnia 2005-04-24 o godzinie 01:57:06
skomentuj (12)